| .: Syn kata |
|
Zagadka Johna-Iwana Demianiuka mogłaby być dawno rozwiązana, gdyby ktoś zbadał co „Iwan Groźny” robił po służbie
Wczoraj rano, po przeszło półwieczu, 89-letni Amerykanin ukraińskiego pochodzenia John Demianiuk powrócił do Europy. Wyczarterowanym specjalnie na tę okazję samolotem, w towarzystwie lekarza i tuzina agentów federalnych doleciał do tego samego Monachium, z którego w 1952 wyemigrował za ocean jako ofiara wojny. Monachijski sąd będzie teraz orzekał, czy schorowany, emerytowany mechanik zakładów Forda winien jest zbrodni popełnionych między 1942 a 1944 rokiem w obozach: Flossenbürg, Majdanek i Sobibór. Być może sędziowie odpowiedzą też na najciekawsze pytanie: czy Demianiuk to krwawy esesman o pseudonimie „Iwan Groźny"? Ślub Jadzi Wczesna wiosna 1943. Jadzia Kucharek z Grądów nie miała jeszcze szesnastu lat. - Była piękna bardzo, włosy płowe, najpewniej mu od razu w oko wpadła - Irena Pyłka, jedna z najstarszych mieszkanek wsi, pokazuje nam miejsce, w którym stało „przed frontem" gospodarstwo Kucharków. „Przed frontem", czyli nadejściem armii sowieckiej, Grądy i sąsiednie Poniatowo były dwoma rzędami drewnianych chałup stojących w połowie polnej drogi między większymi wioskami: Treblinką i Wólką Okrąglik. Chałupy wielkości garaży. Po wojnie ci, którzy najwięcej handlowali z Ukraińcami, położyli sobie blachę na wierzch, w okna powstawiali szyby, niektórzy zaczęli budować murowania. Ukraińcy przychodzili na handel zwykle pijani, na czapkach mieli esesmańskie czaszki, w kieszeniach złoto. Chcieli zawsze tego samego: wódki, kiełbasy, kobiet i muzyki. Płacili wyśmienicie: za bańkę bimbru - pierścionek, za kilo słoniny - złoty ząb. Żartowali, że zęby jeszcze cieple. Irena Oleszczuk z Poniatowa zeznawała po wojnie - na procesie czwórki ukraińskich strażników: - Chodzili za dziewuchami wszędzie, a kto się dobrowolnie nie oddał, to sami brali. Przychodzili, wyciągali garść złota i mówili „zachoczesz - dam ci". Opowiadali, jak Żydzi płaczą. Gdy byli pijani, mówili, że mogą człowieka zabić tak, jak kiełbasę wziąć na widelec. Wysokiego, najtężej pijącego Ukraińca wieśniacy nazywali „Iwanem Groźnym". Tak samo określali go później nieliczni Żydzi, którzy przeżyli Treblinkę. Historyk Jacek Wilczur, autor książki „Ścigałem Iwana Groźnego", pisze tak: „...odgrywał aktywną rolę we wszystkich etapach eksterminacji, poczynając od przyjmowania transportów, poprzez maltretowanie Żydów, kończąc na upychaniu ich w komorach gazowych i uruchamianiu silników spalinowych". Wilczur, wieloletni pracownik śledczy Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, przyjmuje nas w swoim warszawskim mieszkaniu-archiwum. Posegregowane, opisane flamastrem teczki z zeznaniami świadków stoją - przemieszane z książkami - na pólkach sięgających sufitu. - Wynika z nich, że „Groźny" najpierw stawał przy wejściu do komory uzbrojony w bagnet, metalową rurę albo pejcz - opowiada doktor. - Katował ofiary, odcinając dla zabawy części ciała. Potem puszczał spaliny. Musiał mieć pomocnika, z którym razem wlewali paliwo do generatora. Być może ten pomocnik zwal się Marczenko, zapamiętajcie, to ważne. Po „pracy", w Grądach i Poniatowie, operator komory zachowywał się zupełnie inaczej.
- Strach budził, ale ja nie pamiętam, żeby kogoś tu zabił lub pobił - wiosną 1942 r., kiedy za lasem osłaniającym obie wioski od północy, Niemcy kazali stawiać obóz zagłady, Irena Pylka miała dwanaście lat i blond warkocze. Obie ze śliczną Jadzią Kucharek chodziły do Prostyni sypać kwiatki na Boże Ciało. Z kościoła wraca się przez Treblinkę. - Tam żołnierze, psy chodziły, wszyscy z karabinami, bardzośmy się bały. Było wiadomo, że tam robią coś strasznego. Rodzice zabraniali chodzić w tamte stronę, co sami
z tymi Ukraińcami robili za handle - ja nie wiem. Ale ślub Jadzi z „Groźnym" pamiętam. Tak bardzo się ludzie śmieli, że ona miała fartuch zamiast welona i na śmieciach cały ślub.
Wśród kilkudziesięciu kilogramów dokumentów, które w latach 80. zgromadziła prokuratura Izraela, jest notatka z 13 lutego 1989. Tekst omawia artykuły, jakie dwa lata wcześniej opublikował na temat „Groźnego" szwedzki dziennikarz gazety „Goteborgs-Posten" Peter Johnsson. Z notatki wynika, że „Ukrainiec Władysław" - znany mieszkańcom wsi Grądy „członek załogi SS w Treblince" - nazywał się „Władek Szyło lub Żyła", a pochodził z Dniepropietrowska. Wybór Iwana Demianiuk z całą pewnością nosił imię Iwan, po ojcu: Iwan Nikolajewicz. Urodził się w małej wiosce Duboj Machariewci (Dubowyje Makarensy) 3 kwietnia 1920 r. Tego dnia poddał się bolszewikom Anton Denikin, dowódca ostatniej białej armii Ukrainy. O dzieciństwie Iwana Nikołajewicza niewiele wiadomo, ale musiało być trudne. Wielodzietna chłopska rodzina, najpierw ucieczka białych i inwazja czerwonych, potem cztery klasy podstawówki, bieda, sowiecki terror, Wielki Głód. Iwan - dosyć tępy, ale silny i posłuszny - orze kołchozowe pola. W 1940 r. Związek Radziecki powołuje go w szeregi armii. Miał już skończyć służbę, gdy Hitler zaatakował Stalina. Zostaje ranny odłamkiem w plecy. Kiedy wraca do zdrowia, Niemcy dochodzą do Morza Czarnego. Prawie cały jego oddział trafia do niewoli. Pokonani dołączają do kilkumilionowej rzeszy sowieckich jeńców.
Rząd radziecki nie podpisał przed wojną konwencji genewskiej - teraz Niemcy traktują pojmanych żołnierzy gorzej niż zwierzęta. Obóz jeniecki
Zaciągają się tysiącami: Łotysze, Litwini, Białorusini, Tatarzy, także rdzenni Rosjanie. Iwan dostaje przydział do obozu szkoleniowego SS (Ausbildungslager) w Trawnikach, dystrykt lubelski. Niemcy mówią o takich jak on „Trawnikimänner" - ludzie z Trawnik: niby to esesmani, ale nie do końca prawdziwi. Rasowo kiepscy prócz Łotyszy i Litwinów są Słowianie, nawet skośnoocy Kałmucy. Słabo rozumieją niemiecki, dobrze słyszą tylko najprostsze komendy, najlepiej poparte uderzeniem w pysk. - Przewyższali okrucieństwem nawet swoich panów z SS - ocenia dyrektorka Muzeum Dachau, historyczka Barbara Distel. A ludzie bez skrupułów będą teraz bardzo potrzebni. Dystrykt lubelski, gdzie panem życia i śmierci jest Gruppenführer Odilo Globocnik, ma się stać kluczowym ogniwem w łańcuchu Ostatecznego Rozwiązania. Globocnik - na osobisty rozkaz Himmlera - buduje pierwsze obozy zagłady Sobibór, Majdanek, Treblinkę. Iwan Demianiuk będzie służył we wszystkich trzech, choć co do Treblinki wątpliwości pozostają - ale o tym dalej.
Kariery w Ukrainischmannschaft nie robi - do końca wojny pozostanie szeregowym strażnikiem. Według dziennikarza „Der Spiegla" Georga Bonischa, to skutek jego ograniczenia umysłowego. Bo posłuszny przecież był. Zachowała się informacja o jednej tylko karze: 25 kijów za opuszczenie terenu obozu na Majdanku.
Poród Jadzi Ludzie w Grądach i Poniatowie mówią, że „Iwan Groźny" uciekł ze swoimi w 1944, zanim przetoczył się tu front. Faktycznie musiał zniknąć rok wcześniej - razem z całym obozem. Zaczęło się 2 sierpnia 1943 r., kiedy kilku najodważniejszych spośród tysiąca Żydów zatrudnionych przy sortowaniu odzieży, kosztowności i paleniu zwłok otworzyło dorobionym kluczem magazyn broni. Ocalony Samuel Willenberg, autor „Buntu w Treblince", wspomina, że dzień był ciepły, a część wachmanów poszła wykąpać się w Bugu. Czekający już długo buntownicy postanowili wykorzystać ten moment i odtąd wszystko potoczyło się szybko: strzały do stojących na wieżyczkach i przy drutach, eksplozja zbiornika z benzyną, podpalenie baraków, chaos. Kilka setek mężczyzn rzuca się jednocześnie na rozpięte wokoło przeciwpancerne zasieki. Ukraińscy esesmani koszą ich z karabinów jak zboże, w kilku miejscach Żydzi atakują swoich katów. Tego popołudnia zginie 800 więźniów, po drugiej stronie - 66 Ukraińców i 25 Niemców. Berlin każe zlikwidować obóz w ciągu kilku tygodni. We wrześniu i październiku jest po wszystkim: małe grupki Żydów orzą opróżniony teren i sadzą drzewa. Po ich rozstrzelaniu i zasypaniu ciał na straży pola zostaje ukraiński strażnik nazwiskiem Streibel. Pozostali - w tym „Groźny" - służą już w innych obozach. W tym czasie Jadzia Kucharek rodzi w domu. Akuszerka przyjeżdża z Prostyni. Gdy chłopczyk ma rok, może dwa, mama wychodzi za Polaka, tutejszego chłopa Kazika Buczyńskiego. Jej drugi ślub jest już w kościele, z księdzem. Złośliwi powiadają, że Kazik i jego rodzina wzięli od ojca Jadwigi | „złoty posag".
- Dziewicą przecież nie była Od razu ten jej Władek, wtedy malutki, dostał urzędowo Kaźka nazwisko - opowiada Irena Pyłka. - Zaraz po froncie strach był wcale nie mniejszy jak za Niemca. Ludzie kłamali albo milczeli. Nikt chłopcu małemu nie mówił, kto jest prawdziwym ojcem jego. Ale potem, jak wypili, to jeden z drugim opowiedzieli.
Pani Andzia, faktycznie Anna Buczyńska, była żoną Władysława. Umawiamy się z nią na cmentarzu w Prostyni, przy wspólnym grobie męża i teściowej. Grób Władysława Jadwiga Kucharek zmarła w 2001 roku. Żyła lat 74. Na wspólnym nagrobku z synem małe, owalne zdjęcia. Jacek Wilczur, który był jednym z dwóch Polaków zaangażowanych w oskarżenie Demianiuka przed izraelskim sądem, przesłuchiwał Jadwigę jeszcze w latach 80.
- Gdy zapytałem o prawdziwego ojca jej syna, popłakała się - opowiada.
Faktycznie: w 1988 r. sąd w Jerozolimie odrzuca kolejne tezy obrony - a to, że prawdziwy „Iwan Groźny" został zabity przez zbuntowanych więźniów Treblinki, a to, że dokumenty świadczące na niekorzyść emigranta Demianiuka spreparowało nienawidzące uciekiniera KGB 18 kwietnia sędzia Dov Levin mówił: - Stwierdzamy, że oskarżony Iwan Demianiuk jest „Iwanem Groźnym” winnym wszystkim zarzucanym mu zbrodni wojennych, zbrodni przeciw narodowi żydowskiemu oraz zbrodni przeciw ludzkości. Orzeczona tydzień później kara: śmierć przez powieszenie. Zbudowana przez brytyjską firmę szubienica stoi już przed drzwiami celi, gdy obrona składa wniosek o apelację. Odwołanie wydaje się formalnością. I byłoby nią zapewne, gdyby jeden z obserwujących proces ocalonych z Holocaustu w świętym oburzeniu nie oblał kwasem obrońcy. Podczas dwuletniej zwłoki w procesie rozpada się Związek Radziecki. Obrona Demianiuka dociera do otwartych na krótko archiwów i wychodzi na jaw, że KGB jednak dokumenty powojennych emigrantów fałszowało, aby obciążyć „zdrajców socjalistycznej ojczyzny" jak największą liczbą wojennych zbrodni. Nie ma co prawda dowodów na sfałszowanie esesmańskich papierów samego Demianiuka, ale jest coś ważniejszego: w powojennym, tajnym procesie „sługusów faszyzmu” (w ZSRR sądzono bez rozgłosu Własowców, członków SS-Galizien, volksdeutschów itd.) został uznany za „Iwana Groźnego” zupełnie inny, nieżyjący już Ukrainiec. Sąd najwyższy Izraela orzeka po tym, że tak poważne wątpliwości muszą przemówić na korzyść oskarżonego. Wyrok śmierci zostaje uchylony. Izraelska ulica jest oburzona. Ameryka, która wcześniej wydała Demianiuka, zgadza się przyjąć uwolnionego od winy człowieka. 73-letni, wciąż krzepki staruszek, posyłając fotoreporterom uśmiechy, odlatuje z Tel Awiwu do USA samolotem linii El Al w klasie biznes. Pani Andzia
Anna Buczyńska, wdowa po Władysławie, jest niską, siwą kobietą o ciemnej cerze. Nie chce mówić źle o mężu, choć w połowie lat 70. zostawił ją z trójką dzieci.
Dzieci Anny i Władysława Buczyńskich są wnukami „Iwana Groźnego". Jest ich troje. Dalsze potomstwo - ośmioro chłopców i dziewczynek w wieku od kilku do kilkunastu lat - to prawnuki Ukraińca. Są jeszcze dzieci i wnuki ze związku z kochanką. Postanowiliśmy ich wszystkich nie szukać. Większość na pewno nie ma świadomości, kim był pradziadek. I chyba tak jest lepiej. Portret kata
Jak dotąd tezę, wedle której „Iwan Groźny” i Iwan Demianiuk to ta sama osoba, potwierdzają:
Przeczą tezie:
Przed sądem w Izraelu Eliyah Rosenberg odwołał swoje słowa. A Irena Pyłka opowiedziała nam teraz w Grądach, że po wojnie przyszywany mąż Jadwigi Kucharek pisał do niej listy, w których proponował jej, jako matce swojego syna, pomoc w ucieczce na Zachód. Tak więc nie mógł zginąć podczas żydowskiego buntu.
Tylko że Anna Buczyńska informacji o listach nie potwierdza. Teściowa jakąś starą korespondencję trzymała...
Szkic powstał w biurze kryminalistycznym milicji, najpewniej warszawskim. Zaczęło się od tego, że w połowie lat 80., w ramach pomocy prawnej udzielanej izraelskiemu prokuratorowi Michaelowi Szakedowi, pracownicy Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce przesłuchali Eugenię Samuel, mieszkankę Wólki Okrąglik. 17-letnia Eugenia przyjmowała w łóżku wielu wachmanów z Treblinki, w tym kilkakrotnie samego „Groźnego". Jako starsza kobieta chętnie pomogła milicji sporządzić jego portret. Kopię zachował w swoim archiwum dr Wilczur. Oglądamy ją przed wyjazdem do Grądów i po powrocie. Mężczyzna na rysunku nie jest podobny do Demianiuka, jakiego znamy z gazet i internetu. Mocno przypomina za to Władysława Buczyńskiego, którego fotografia zdobi grób w Prostyni. Właściwie trzeba napisać, że to Buczyński jest podobny do człowieka z portretu.
Irena Pyłka na widok milicyjnego rysunku potwierdza bez wahania:
Doktor Wilczur uważa, że oboje staruszkowie musieli się mylić. Jego zdaniem portret sporządzony przez Samuel przedstawia Franza Stangla, I komendanta obozu zagłady.
- Panie doktorze... SS-Obersturmfuhrer nie chodziłby się chyba wyżywać do dziewczyny z Wólki. Był burdel oficerski w Sokołowie Podlaskim, gdzie urzędowały pewne rasowo Niemki. - Był. I jest oczywiste, że Eugenia Samuel nigdy osobiście Stangla nie widziała. Ale oglądała, jak wszyscy, jego fotografie dostępne po wojnie. Jedna z nich wisiała w szkolnej salce pamięci w Kosowie Lackim, ledwo 10 kilometrów od Wólki. Kobieta się zasugerowała, chociaż ja sam uważam, że raczej ją ktoś zasugerował celowo. W latach 80., w trakcie przygotowań do izraelskiego procesu, obrońcy Demianiuka angażowali potężne siły, pomagali im Ukraińcy z USA. Pojawienie się w Polsce na krótko przed rozprawą portretu pamięciowego wskazującego całkiem innego człowieka było im bardzo na rękę. Ale spaprali sprawę. Wskazanie Stangla jako „Iwana" to przecież kompletna głupota grubymi nićmi szyta.
Sporo tych komplikacji.
Piotr Głuchowski |
|
|